Blogi > Blogi > Piotr Falkowski i Jagoda Wąsowska
Oczami Kibicki (35. Maraton Warszawski)
Niedziela rano, godzina 4:45, budzik dzwoni jak wściekły. To pobudka dla mojego syna. Przypomina Kubie, że o 6:45 musi być na Stadionie Narodowym. Maraton Warszawski zawładnie naszą rodziną przez cały dzień.
Syn zapisał się jako wolontariusz (to jego debiut w tej roli), mąż na maraton, a ja na Bieg na Piątkę.
Do Biegu na Piątkę zapisałam się z całą świadomością i przebiegłością. Wiedziałam! Syn wejdzie na stadion jako wolontariusz, mąż jako maratończyk, a ja? Ponieważ nie biegłam w maratonie, to wiedziałam, że bez numeru nie wejdę na stadion. Strasznie mnie to zawsze drażni, kiedy rodziny biegaczy nie mogą wejść na Narodowy i towarzyszyć swoim bliskim w ostatnich przygotowaniach tuż przed maratonem. I z tego właśnie powodu nie lubię Stadionu Narodowego. Dla rodzin biegaczy maraton to wielkie święto, ale jak świętować, kiedy stoisz u bram stadionu i zziębnięty (zwykle) czekasz na swojego bohatera? Tak więc na Bieg na Piątkę zapisałam się, żeby poczuć atmosferę maratonu i spotkać ze znajomymi.
Kiedy wystartowali maratończycy, a chwilę to trwało, stanęłam do biegu i ja. Ruszyłam bardzo zachowawczo, zmylona dodatkowo informacją, że właściwy start zaczyna się „nie w tej wielkiej bramie, tylko dalej”. Super trasa – do palmy i z powrotem. Na mecie medal, picie, depozyty. A dalej to już tylko kibicowanie. Ponieważ biegłam bez zegarka dopiero po południu się dowiedziałam, że otarłam się o życiówkę, a na 1474 kobiety przybiegłam 98.
Niezbyt często występuję w roli kibica, chociaż bardzo to lubię. Wrzeszczę wtedy wniebogłosy i czasem mam wrażenie, że kibicowanie daje mi jeszcze większe emocje niż bieg. Niestety, na Narodowym bycie kibicem nie jest łatwe. Przede wszystkim chodzi o logistykę. Ostatnie metry maratonu są na płycie stadionu. Wzdłuż trasy ustawili się kibice, żeby dopingować najbliższych. Umówiłam się na kibicowanie z Natalią. Zdzwoniłyśmy się, sporo energii musiałam zużyć, żeby wykrzyczeć do telefonu gdzie jestem, to samo robiła ona. Muzyka tak głośna, że nie można było niczego usłyszeć. Ostatecznie okazało się, że jesteśmy na stadionie, ale po przeciwnych stronach. Przejście na tę właściwą stronę zajmuje TROCHĘ czasu. Musisz zejść z płyty, przejść pół stadionu schodami w górę, potem pół stadionu schodami w dół, po drodze mijasz cerberów i „już” jesteś z powrotem na płycie. Widziałam rodziny z wózkami z dziećmi, jak pomykały między krzesełkami, żeby dostać się na drugą stronę. Podziwiam! Ale już, spotkałyśmy się i ustaliłyśmy strategię. Ja na początku szpaleru, ona na końcu za metą, żeby robić zdjęcia. Samo kibicowanie zawsze bardzo mnie wkręca, więc świetnie się bawiłam. Czekałam na męża, chociaż dostałam wcześniej cynk, że życiówki nie zrobi (ale o tym to już sam napisał). Kiedy wpadł na stadion darłam się wniebogłosy. Zrobiłam mu zdjęcie telefonem, puściłam sygnał Natalce, żeby się przygotowała i pobiegłam na metę.
Ta radość, te emocje maratończyków kończących bieg – bezcenne. Biegacze wpadali na metę z rękami uniesionymi w geście zwycięstwa, niektórzy zachęcali kibiców do jeszcze większego alpauzu (kibice nie idioci, wiedzieli, komu zgotować szalony doping), jeszcze inni padali na kolana tuż za metą z wycieńczenia. Radość, szczęście, ból, wzruszenie, duma – emocje mieszały się jak w tyglu. Każdy chciał tę chwilę zatrzymać na zawsze. Widziałam jak maratończycy kręcili się w kółko powtarzając: „zrobiłem to, zrobiłem!”, inni klęczeli (nie zawsze wiedziałam, czy ze zmęczenia, czy w geście modlitewnym), większość jednak rozbieganymi oczami szukała swoich najbliższych przy barierkach.
Ci, kiedy już zdarli płuca, żeby przekrzyczeć głośną muzykę, a zmęczony maratończyk zauważył ich i ostatkiem sił próbował podejść do barierek, czekał ich zimy prysznic. „Osoby z numerami proszę przechodzić do tunelu, osoby z numerami proszę przechodzić…”. Pani Kasia (Kamila? Klaudia?) chodziła między maratończykami z wielką tubą i zirytowanym głosem powtarzała swoją mantrę. Z każdą minutą jej irytacja rosła do rozmiarów Mount Everestu, bo biegacze nie zawsze wykonywali posłusznie jej polecenia. Miała niezwykłą rolę, ale żeby dobrze w niej wypaść trzeba być wypoczętym, uśmiechniętym, mieć poczucie humoru i super by było gdyby Pani Kasia (Kamila? Klaudia?) biegała, wtedy też kochałaby maratończyków i rozumiała ich radość. I wtedy pewnie przez wielką tubę słyszelibyśmy: „Zapraszamy naszych bohaterów po odbiór medali, kochani maratończycy wspaniały makaron czeka na was w tunelu, jesteście niezwykli – podzielcie się swoimi wynikami z naszymi wolontariuszami w depozytach”. Łatwiej byłoby ten dzień przeżyć również Panu Piotrowi, który postawił sobie za cel nie dopuszczenie biegaczy do swoich rodzin czatujacych przy barierkach. Obok mnie stała mama z trzyletnią córeczką. W ręce trzymały balony i wypatrywały swojego bohatera. Nagle: „Jest tatuś, jest, patrz córeczko!” i wrzask: „ Marek tu, tu jesteśmy!”. Czujne oko i ucho Pana Piotra natychmiast wyłowiło to zachowanie i zmęczony Marek nie mógł podejść do swojej żony i córeczki, bo „proszę przechodzić do tunelu”. Niektórzy mieli jednak jeszcze tyle sił, żeby przedrzeć się przez rozstawione ręce Pana Piotra i przytulić do najbliższych, przyjąć pierwsze gratulacje. Ale Strażnik Teksasu skutecznie (zwykle) odrywał zdesperowanego biegacza i pokazywał, gdzie jest jego miejsce.
Rozumiem, oczywiście, trudną rolę wolontariuszy, opracowanie zasad, które pozwalają na dobrą organizację i bepieczeństwo. Ale osoby zgłaszające się do takiej pracy powinny znaleźć właściwe sobie miejsce. Nie wystarczy być dobrym krzykaczem, albo silnym w barach. W tej robocie trzeba mieć też inne umiejętności. Świetnie wyczuł to Pan, który stał przy wejściu prowadzącym do tunelu do depozytów. Radosnym głosem powtarzał: „Serdecznie witamy i zapraszamy do depozytów, serdecznie zapraszamy do depozytów”. Było to tak miłe i ciepłe, że nie można było się nie uśmiechnąć.
Kiedy wszyscy moi znajomi ukończyli maraton i na gorąco opowiedzieli o swoich przeżyciach pojechaliśmy do domu, żeby w tym samym towarzystwie spotkać się na pomaratońskim pasta party. Jedzenia z pasta party przedmaratońskiego zostało tradycyjnie tyle, że do późnego wieczora jedliśmy i opowiadali, a opowieściom nie było końca…:)