Przez wiele lat wydawało mi się, że rozwój biegacza można zmierzyć bardzo prosto. Moja motywacja do biegania opierała się przede wszystkim na poprawianiu kolejnych rekordów życiowych. Im dłużej jednak biegam, tym częściej łapię się na myśli, że największą satysfakcję zaczęły dawać mi zupełnie inne rzeczy. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje.
Dlaczego sama życiówka przestaje motywować do biegania
Pamiętam, jak bardzo cieszyła mnie pierwsza życiówka. W tamtym czasie motywacja do biegania. Zasada była dla mnie bardzo prosta – liczył się przede wszystkim coraz lepszy wynik. Każda była dowodem, że trening działa. Że warto było wstać wcześnie rano, wyjść na trening, kiedy padało, albo zrobić jeszcze jeden interwał, choć nogi mówiły już “dość”. To naprawdę potrafi uzależnić.
Z czasem zaczynamy planować kolejne sezony właśnie wokół rekordów. Wybieramy zawody z szybką trasą. Analizujemy wyniki z poprzednich lat. Szukamy idealnej pogody. Wszystko po to, żeby urwać jeszcze kilkanaście sekund albo kilka minut. Przez wiele lat sam tak biegałem. I myślę, że dla wielu z nas właśnie od tego zaczyna się prawdziwa przygoda z bieganiem.
Najdziwniejsze wydarzyło się jednak później. Nie potrafię powiedzieć, kiedy to nastąpiło. Nie było jednego biegu ani jednego sezonu, po którym pomyślałem: “Od dziś życiówki nie są już dla mnie ważne.” To przyszło zupełnie niezauważenie.
Któregoś dnia wróciłem z zawodów i złapałem się na tym, że… wynik nie był pierwszą rzeczą, o której pomyślałem po przekroczeniu mety. Bardziej cieszyło mnie to, jak pobiegłem. Jak czułem się na trasie. Jak wyglądały przygotowania.
Jeszcze kilka lat wcześniej wszystko kręciło się wokół jednej liczby wyświetlonej na zegarku. I właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać, czy tylko ja tak mam. Czy może po latach biegania wielu z nas zaczyna patrzeć na ten sport trochę inaczej i czy motywacja do biegania naturalnie ewoluuje wraz z doświadczeniem.
Jak z czasem zmienia się motywacja do biegania
Z czasem zacząłem jednak zwracać uwagę na rozmowy z innymi biegaczami. I zauważyłem coś ciekawego. Oczywiście nadal pytamy się nawzajem o wynik. Ale coraz częściej to tylko początek rozmowy. Znacznie więcej miejsca zajmują wspomnienia.
Ktoś opowiada o trasie, która zachwyciła go bardziej niż sam bieg. Ktoś inny wspomina kibiców, którzy nieśli go przez ostatnie kilometry. Rozmawiamy o wspólnym wyjeździe, wieczorze spędzonym po zawodach, ludziach poznanych na starcie czy emocjach, które towarzyszyły nam na mecie.
Zauważyłem też coś u siebie. Coraz częściej po kilku miesiącach nie pamiętam już dokładnego czasu, z jakim ukończyłem dany bieg. Za to doskonale pamiętam miejsce, w którym wypiliśmy kawę po zawodach. Rozmowę, która przeciągnęła się o godzinę dłużej, niż planowaliśmy. Albo człowieka poznanego przypadkiem w strefie startu, z którym dziś regularnie spotykam się na kolejnych imprezach.
I wtedy zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienia się coś więcej niż tylko moje podejście do wyników. Może po prostu z czasem zaczynamy dostrzegać, że w bieganiu najcenniejsze rzeczy bardzo rzadko da się zmierzyć stoperem.

Psychologia sportu wyjaśnia, dlaczego nadal chcemy biegać
Nie dawało mi to spokoju. Nie dlatego, że przestałem lubić rywalizację. Nadal lubię stanąć na starcie z konkretnym celem i sprawdzić, na co mnie stać. Nadal cieszy mnie dobrze przebiegnięty bieg i satysfakcja z osiągniętego wyniku.
Coraz częściej zadawałem sobie pytania. Dlaczego po udanych zawodach częściej wracałem myślami do atmosfery niż do wyniku? Dlaczego pamiętałem rozmowę przy kawie bardziej niż międzyczas na piętnastym kilometrze? Dlaczego dobrze przepracowany okres przygotowań potrafił cieszyć mnie równie mocno jak rekord życiowy? I dlaczego wcale nie oznaczało to, że przestałem być ambitny?
Zacząłem więc szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego motywacja do biegania z czasem zmienia swój charakter.. Nie po to, żeby udowodnić sobie, że mam rację. Chciałem po prostu sprawdzić, czy ktoś wcześniej próbował wyjaśnić to, co sam zacząłem obserwować. I okazało się, że tak.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że psychologia sportu wcale nie opisuje tego jako utraty motywacji. Wręcz przeciwnie. Badacze od lat obserwują, że u osób, które przez długi czas uprawiają sport, często zmienia się nie poziom zaangażowania, ale odpowiedź na zupełnie inne pytanie:
Dlaczego właściwie to robię?
Na początku bardzo często motywują nas rzeczy, które łatwo zmierzyć. Rekord życiowy. Medal. Kolejna granica do złamania. Tak rodzi się pasja i chęć ciągłego rozwoju.
Z czasem jednak coraz większego znaczenia zaczyna nabierać sam proces. Satysfakcja z dobrze wykonanego treningu. Regularność. Rozwój. Relacje z innymi ludźmi. Poczucie, że bieganie jest po prostu ważną częścią naszego życia.
🔬 Co na to nauka?
To zjawisko ma swoją nazwę.
Psychologowie Edward Deci i Richard Ryan opisali je w Teorii Samostanowienia (Self-Determination Theory).
Według niej motywacja do uprawiania sportu często ewoluuje. Na początku napędzają nas przede wszystkim cele zewnętrzne – rekord życiowy, medal czy miejsce na mecie. Z czasem coraz większego znaczenia nabiera motywacja wewnętrzna: radość z samego biegania, rozwój, poczucie kompetencji, autonomia i relacje z innymi.
To właśnie ten rodzaj motywacji jest najsilniej związany z długotrwałym uprawianiem sportu i satysfakcją z aktywności.
Źródła: Edward L. Deci, Richard M. Ryan, Self-Determination Theory; Ryan & Deci (2020), Intrinsic and Extrinsic Motivation from a Self-Determination Theory Perspective.
Czy rekord życiowy naprawdę jest najważniejszy?
Nie zmieniło się to, jak bardzo lubię biegać. Zmieniło się to, po czym poznaję, że to był dobry sezon. Kiedyś odpowiedź była prosta. Wystarczyło spojrzeć na tabelę z wynikami. Jeśli padła życiówka – wszystko szło zgodnie z planem. Jeśli nie – miałem poczucie, że czegoś zabrakło. Dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej.
Dobry sezon to taki, po którym nadal mam ochotę wyjść na kolejny trening. Taki, w którym udało się biegać regularnie, ominęły mnie poważniejsze kontuzje i wciąż czułem radość z tego, co robię.
To także ludzie, których poznałem po drodze. Wspólne wyjazdy na zawody. Rozmowy, które zaczynały się od biegania, a kończyły na wszystkim, tylko nie na wynikach. Miejsca, których prawdopodobnie nigdy bym nie zobaczył, gdyby nie kolejne numery startowe przypięte do koszulki.
Rekord życiowy nadal jest dla mnie powodem do dumy. Ale przestał być jedynym wyznacznikiem tego, czy ten sezon był udany.
Jeżeli dobrze przepracuję kolejne miesiące, będę zdrowy i nadal będę czerpał radość z biegania, dobry wynik ma szansę pojawić się po drodze. A jeśli tym razem się nie pojawi? To nie znaczy, że ten sezon był gorszy.
Nie wiem, czy jeszcze poprawię swoje rekordy życiowe. Mam nadzieję, że tak. Ale wiem też, że jeśli kiedyś przestanę je poprawiać, nie przestanę być biegaczem. Bo to nie rekordy zatrzymały mnie przy bieganiu.
Zostały ze mną poranne treningi. Wspólne wyjazdy na zawody. Długie rozmowy po zawodach, kiedy nikt już nie patrzył na zegarek. Ludzie, których pewnie nigdy bym nie spotkałbym, gdyby nie bieganie. Miejsca, do których wracam nie dlatego, że padła tam życiówka, ale dlatego, że po prostu dobrze się tam czułem.
Może właśnie dlatego po latach coraz mniej pamiętam swoje rekordy życiowe, a coraz lepiej pamiętam wszystko to, co wydarzyło się pomiędzy startem a metą.
Nie oznacza to, że wynik przestaje mieć znaczenie. Oznacza jedynie, że przestaje być jedyną odpowiedzią na pytanie, dlaczego wychodzimy pobiegać.
Przeczytaj także:
W pogoni za życiówką. Czy w bieganiu zawsze chodzi o wynik?