Jesteś tu? Polub nas!

Dołącz do nas na Facebooku i zgarnij więcej - czekają na Ciebie konkursy z nagrodami: pakiety startowe, sprzęt i nie tylko. Jeden z nich właśnie trwa! A także duża dawka motywacji, informacji i wiedzy.

Teoria treningu Trening

Nawodnienie podczas biegania: jak pić, żeby nie tracić tempa

Nawodnienie podczas biegania

Powiedzmy to sobie szczerze: picie podczas biegu to jedna z tych czynności, która w teorii brzmi banalnie, a w praktyce, przy tętnie 170 uderzeń na minutę, zamienia się w zadanie dla inżyniera NASA. Oglądając w telewizji wyczynowych biegaczy, widzimy, jak z gracją chwytają swoje spersonalizowane bidony, biorą kilka łyków i rzucają je z nonszalancją na bok.

A my? My, walczący o nasze „prywatne rekordy świata”, mamy trochę inną rzeczywistość. Tu nie ma supportu i bidonu. Jest za to strefa bufetowa, tłum ludzi, śliski asfalt i (w najlepszym wypadku) odwieczny dylemat: butelka czy kubek?

Nawodnienie podczas biegania

Ekologia kontra wygoda: dylemat maratończyka

Zacznijmy od tego z czego najwygodniej pije się podczas zawodów. Z perspektywy biegacza sprawa jest jasna: mała butelka z „dziubkiem” to Święty Graal. Łapiesz, ściskasz, pijesz, biegniesz dalej. Zero strat. Ale jest też druga strona medalu, którą dobitnie zobaczyłem startując w Maratonie Londyńskim.

Wyobraźcie sobie ponad 50 tysięcy biegaczy i strefę bufetową co ok 2 mile. Jeśli większość wybierze butelki, to mówimy o górze plastiku, która mogłaby zasypać miejscowość wielkości Wiązowny lub nawet Dębna.

W Londynie mieliśmy wybór – małe butelki (0,2–0,3 l) albo kubeczki. Widok stref zrzutu, gdzie tysiące ledwo napoczętych butelek walały się po asfalcie, tworząc „plastikowy dywan”, dał mi do myślenia. To koszmar dla ekologii. Stąd słuszne starania organizatorów, aby pierwszym wyborem biegaczy były papierowe kubeczki. I tu zaczynają się schody.

Dla turysty biegowego to żaden problem: staje, pije, wrzuca fotkę na Insta, biegnie dalej. Ale jeśli Ty walczysz o urwanie tych kilku sekund do życiówki, zatrzymanie się nie wchodzi w grę. Jak więc napić się z otwartego naczynia, pędząc 4:00 min/km lub szybciej, i nie wylać wszystkiego na twarz?

Oto moja strategia przetrwania, wypracowana metodą prób, błędów i wielu zakrztuszeń.

Zasada nr 1: Nie bądź “Januszem pierwszego stolika”

To najczęstszy błąd debiutantów. Widzą napis „WODA” lub “IZO” i rzucają się na pierwszy stolik jak lwy na gazelę. Efekt? Tłok, łokcie, nagłe hamowania i biegacze wpadający na siebie. To tam najczęściej traci się nerwy i cenne sekundy.

Mój patent: Omijam pierwsze stoliki szerokim łukiem. Strefy nawadniania na dużych biegach są naprawdę długie – ciągną się czasem przez kilkadziesiąt metrów. Na końcu strefy zazwyczaj hula wiatr, wolontariusze się nudzą, a asfalt nie klei się jeszcze od izotonika.

Zasada nr 2: Namierz cel i nawiąż kontakt

Gdy już minę “strefę śmierci” (początek stołów), zaczynam procedurę lądowania. Delikatnie sygnalizuję ręką zamiar zbiegnięcia do krawędzi (jak kierunkowskaz w aucie – serio, to pomaga uniknąć kolizji z kimś za plecami).

Wtedy włączam radar. Szukam wzrokiem wolontariusza, który wygląda na „obecnego”. Nie takiego, który gada z kolegą, ale takiego, który trzyma kubek i szuka komu go wręczyć. Łapię z nim kontakt wzrokowy, czasem nawet wskazuję palcem: „Ty i ja, robimy to!”. To daje mi pewność, że on nie cofnie ręki w ostatniej chwili.

Zasada nr 3: Chwyt „na przykrywkę”

To jest biegowy “game changer”. Kubki na zawodach rzadko są pełne. Zazwyczaj płynu jest w nich niewiele, żeby się nie wylewało. Jeśli chwycisz kubek w połowie wysokości i ściśniesz – chlup! Połowa zawartości ląduje na Twojej koszulce, a Ty zostajesz z jednym marnym łyczkiem.

Dlatego, niezależnie czy biorę kubek z ręki wolontariusza, czy ze stołu, staram się go nakryć dłonią od góry. Moja dłoń działa jak pokrywka. Nawet jeśli szarpnę ręką, płyn uderza w moje wnętrze dłoni i wraca do kubka, a nie na asfalt. To kluczowe, żeby dowieźć tę cenną ciecz do ust w całości.

Nawodnienie podczas biegania

Zasada nr 4: Origami w pełnym biegu, czyli „dzióbek”

Mam już kubek, nie wylałem (sukces!). Teraz czas na picie. Próba picia z szerokiego brzegu kubka w trakcie wstrząsów biegowych kończy się zazwyczaj napojem w nosie.

Tutaj wchodzi kolejny biegowy klasyk: zgniatanie. Zaraz po chwyceniu, ściskam górną krawędź kubka palcami tak, by spłaszczyć otwór i uformować wąski „dzióbek” (lub rynienkę). Uwaga: To działa idealnie na kubkach papierowych. Przy tanich plastikach trzeba uważać, bo lubią pękać, ale papier poddaje się idealnie. Dzióbek pozwala mi lać precyzyjny strumień prosto do gardła, bez chlapania na boki.

Zasada nr 5: Nie bądź pelikanem, bądź snajperem

Słyszeliście o metodzie „na pelikana”? Bierzesz dużo napoju do buzi, trzymasz w policzkach, biegniesz dalej i połykasz na spokojnie. Super sprawa… na rozbieganiu.

Kiedy biegnę w tempie Ferrari (przynajmniej wyobrażam sobie, że tak to wygląda, dopóki nie zobaczę zdjęć i filmików), walcząc o życiówkę, oddycham jak parowóz – głęboko i ustami. Próba biegu z pełną buzią płynu przy takim wysiłku to prosta droga do podduszenia. Nie da się efektywnie wentylować płuc z „zalanym gaźnikiem”.

Zamiast tego, synchronizuję picie z oddechem.

  1. Wdech.
  2. Szybki wlew przez „dzióbek” (mały łyk!).
  3. Połknięcie.
  4. Wydech.

To musi być rytmiczne. Wolę wziąć dwa małe, bezpieczne łyki, niż jeden duży, po którym będę kasłał przez następny kilometr.

Nawodnienie podczas biegania

Trening czyni mistrza (i wariata)

Wiem, co myślicie. „Gość zwariował, każe mi trenować picie z kubka?”. Każdy debiutant się z tego śmieje. Aż do pierwszego maratonu, kiedy na 30. kilometrze wylewa na siebie ostatnią deskę ratunku – kubek z izotonikiem – i zostaje z lepką koszulką i suchym gardłem.

Proste czynności, które robimy w kuchni, przy prędkości startowej i zmęczeniu urastają do rangi nawlekania igły w trzęsącym się autobusie. Dlatego warto to przećwiczyć. Postaw sobie stolik w ogrodzie albo poproś żonę/męża, żeby podali Ci kubek, gdy robisz przebieżki w parku. Sąsiedzi popukają się w czoło? Trudno. Nie raz już to robili widząc Cię wychodzącego na trening po zmroku przy -10°. Za to Ty na mecie będziesz nawodniony i z nową życiówką. Zdradzając trochę maratońskiej kuchni amatora – pamiętaj, że nawet jak złamiesz te trzy godziny, to w domu i tak każą Ci wyrzucić śmieci i pozmywać naczynia 🙂

A jeśli podpatrzycie u kogoś jeszcze inne patenty (widziałem gości biegających z własną słomką w dłoni – szanuję za inwencję!), dajcie znać. W walce o urwanie tych kilku minut, każdy chwyt (i łyk) dozwolony!

Autor: Kuba Pawlak we współpracy z DrWITT

Chcesz być zawsze na bieżąco? Polub nas na Facebooku. Codzienną dawkę motywacji znajdziesz także na naszym Instagramie! Psst... Ocenisz nasz artykuł? 😉

0 / 5. 0

guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Uwagi
Zobacz komentarze
0
Twoja opinia jest dla nas bardzo ważna! Zostawisz komentarz?x