Lili Vindics-Tóth, srebrna medalistka Mistrzostw Europy 2026 w Birmingham w maratonie będzie jedną z gwiazd nadchodzącego 48. Maratonu Warszawskiego. Chociaż będzie to jej trzeci start maratoński w ciągu pięciu miesięcy, zawodniczka podchodzi do niego z optymizmem i liczy na kolejny rekord życiowy. W wywiadzie dla naszego portalu Lili opowiada o swoim sukcesie w Birmingham, pasji do biegania, oparciu relacji z trenerem na pełnym zaufaniu oraz swoich planach na przyszłość.
Jakub Karasek: W ten weekend pobiegniesz w Mistrzostwach Węgier w półmaratonie. (Wywiad przeprowadzono przed 41. edycją półmaratonu Wizz Air w Budapeszcie – przyp. red.) Będzie to Twój pierwszy start po zdobyciu srebrnego medalu w Birmingham. Jakie cele stawiasz sobie na bieg przed własną publicznością?
Lili Vindics-Tóth: Startuję zaledwie trzy tygodnie po Mistrzostwach Europy, więc dla mnie ten półmaraton ma charakter głównie treningowy. Ważniejszym celem tej jesieni jest dla mnie Maraton Warszawski, dlatego treningi w tym tygodniu przebiegały normalnym trybem. Nie zmniejszaliśmy znacząco objętości, realizuję typowy tydzień treningowy. Mimo to planuję poprawić rekord życiowy i walczyć o zwycięstwo (Vindics-Toth wygrała bieg z rekordem życiowym 1:09:21 – przyp. red.). Uważam, że będzie to dobry element przygotowań do Warszawy. Oczywiście cieszę się też na start przed własną publicznością, bo to zawsze wyjątkowe przeżycie.
W tym roku pewnie będzie szczególnie wyjątkowe, bo kibice na pewno znają Cię teraz lepiej. Czy sukces na Mistrzostwach Europy miał już na Ciebie jakiś wpływ i w pewnym sensie zmienił Twoje życie?
Lili Vindics-Tóth: Przede wszystkim jestem tą samą osobą – z medalem czy bez niego. Ale traktuję go jak swoistą nagrodę wieńczącą lata pracy, wyrzeczeń i starań, które podjęłam, by osiągnąć sukces tego kalibru. Ten medal sprawia, że z jeszcze większym entuzjazmem patrzę na swoją biegową przyszłość. Moja kariera maratońska trwa tak naprawdę dopiero od dziesięciu miesięcy – to krótki czas, ale posiadanie medalu Mistrzostw Europy już na tym etapie to wspaniałe uczucie.
W ostatnich tygodniach zainteresowanie węgierskich mediów było ogromne. Staram się odpowiadać na wszystkie pytania i przyjmować zaproszenia, ale jednocześnie dbam o to, by nie brać na siebie zbyt wielu zobowiązań, ponieważ nadal trenuję i przygotowuję się do Maratonu Warszawskiego. Po moich dotychczasowych maratonach nie miałam typowej dla wielu zawodników dwutygodniowej przerwy. Podobnie po Birmingham. Poświęciłam tylko kilka dni na regenerację i od razu wróciłam do treningów. Muszę więc twardo stąpać po ziemi, choć jestem naprawdę szczęśliwa i wciąż trudno mi uwierzyć, że ten medal jest już mój.
To naprawdę imponujące osiągnięcie, zwłaszcza jak na trzeci maraton w karierze i trzeci rekord życiowy. Skoro mowa o Twojej karierze maratońskiej – start w Warszawie będzie Twoim czwartym maratonem w ogóle, a trzecim w tym roku. Jeśli nie robisz wolnego po maratonie, to jak dbasz o regenerację?
Lili Vindics-Tóth: Sądzę, że moja droga jest wyjątkowa, bo wywodzę się z bieżni i znacznie krótszych dystansów. Moja przygoda z biegami długimi zaczęła się zaledwie rok temu od półmaratonu w Budapeszcie. Sześć tygodni później pobiegłam swój pierwszy maraton – to było szaleństwo, ogromny przeskok. Jak się okazało, mój organizm bardzo dobrze reagował na trening pod dłuższe dystanse, chyba nawet lepiej niż wcześniej na bieżni.
Moja kariera na bieżni była dość udana. Startowałam na Igrzyskach Olimpijskich w biegu na 3000 m z przeszkodami i otarłam się o awans do finału. Zaliczyłam jednak kilka upadków i w pewnym momencie miałam już dość tej konkurencji. Zrozumiałam, że tym, co sprawia mi ogromną frajdę jest trening maratoński. Jeśli chodzi o regenerację, o którą pytasz – nie mam jeszcze gotowej recepty, po prostu wykonuję swoją pracę. Trenuję i przykładam dużą wagę do odnowy biologicznej: chodzę na masaże, stosuję kąpiele lodowe lub kriokomorę, korzystam z elektrostymulacji i tak dalej. Wykorzystuję wszelkie dostępne metody regeneracji, czy to w klubie, czy w domu. Czuję się dobrze i mam nadzieję, że w Warszawie pobiegnę swój najlepszy maraton. Przygotowuję się do tego biegu solidnie, bo uważam, że jestem w dobrej formie. Muszę tylko utrzymać zdrowie i konsekwencję w treningu. Myślę, że w najbliższych latach mogę jeszcze znacznie poprawić swoje czasy, wszak trenuję do maratonu od niedawna. Mam dopiero 27 lat, więc uważam, że drzemie we mnie ogromny potencjał.
Muszę też podkreślić że mój trener, Wolfgang Heinig, posiada ogromną wiedzę i doświadczenie. Znasz Katrin Dörre-Heinig? Zdobyła brązowy medal olimpijski jakieś 30 lat temu. Prywatnie jest żoną mojego trenera. Wygrywała wiele prestiżowych maratonów, była naprawdę świetną zawodniczką. Mam do Wolfganga pełne zaufanie. Jeśli trener mówi, że mam coś zrobić, to nie zastanawiam się nad tym, po prostu to robię. Wykonuję swoją robotę.
Wspomniałaś, że w Maratonie Warszawskim liczysz na dobry wynik. Podam zatem teraz losowo kilka liczb – powiedz proszę, co o nich sądzisz. Oto one: 2, 2, 5, 5, 2.
Lili Vindics-Tóth: Ach! Rekord Węgier w maratonie! Wiążę z tym duże nadzieje. Wiem, że stać mnie na lepszy wynik. Uważam, że trasa w Birmingham była bardzo trudna, a ja i tak nie pobiegłam tam na maksimum swoich możliwości. Mocniej przyspieszyłam dopiero na ostatnich kilometrach. To był bieg rozgrywany w nieco szarpanym tempie, czas na mecie na pewno nie był optymalny.
Liczę na to, że w Warszawie dopisze pogoda. Wiem, że trasa jest dobra, mam nadzieję, że pacemakerzy zapewnią odpowiednie prowadzenie. Jeśli uda mi się utrzymać w docelowej grupie i zachować spokój, wierzę, że mogę osiągnąć naprawdę świetny wynik.
Czy miałaś okazję porozmawiać z Levente Szemereiem, który podczas Maratonu Warszawskiego ustanowił rekord Węgier mężczyzn?
Lili Vindics-Tóth: Jesteśmy dobrymi znajomymi, trochę z nim rozmawiałam. Jego bieg w Warszawie był niesamowity. Opowiadał mi, jak w trakcie rywalizacji musiał zatrzymać się na przerwę toaletową i stracił przez to trochę czasu. Mimo to ustanowił rekord życiowy i rekord kraju! To był najlepszy występ w jego karierze. Ja nigdy bym się nie zatrzymała w trakcie biegu! (śmiech). Chyba był w naprawdę świetnej formie, ale jego wynik pokazuje też, że trasa w Warszawie jest bardzo dobra. Mam nadzieję, że w tym roku mi również będzie sprzyjać.
Kiedy układałaś kalendarz startów na ten sezon, miałaś w planach Maraton Warszawski?
Lili Vindics-Tóth: Na początku sezonu przygotowywałam się do kwietniowego maratonu w Hanowerze. W styczniu byłam na obozie w RPA. Wszystko było nastawione na ten wiosenny start, ale… ostatecznie do niego nie doszło z powodu kontuzji – skręciłam kostkę. Stało się to mniej więcej tydzień przed zawodami, więc musiałam zrezygnować. Potem wspólnie z trenerem zdecydowaliśmy, że wystartuję w maratonie w Kopenhadze. Odbył się on zaledwie trzy tygodnie później, ale to wystarczyło.
Uważam, że miałam sporo pecha, ale wynik 2:27 w Kopenhadze był dowodem na to, że jestem w dobrej dyspozycji. To nie jest trasa sprzyjająca biciu rekordów, a poza tym start ten nie był częścią pierwotnego planu. Nie byłam zbyt zadowolona z przebiegu sezonu aż do Mistrzostw Europy. Zaliczyłam udane zgrupowania wysokogórskie w Livigno i Sankt Moritz i czułam, że moja forma rośnie. Wiedziałam, że w Birmingham mogę powalczyć o pierwszą dziesiątkę, ale srebrny medal przerósł nasze oczekiwania. Wiem, że skoro tam pobiegłem 2:27, to znaczy, że na innej, bardziej sprzyjającej trasie, a na taką liczę w Warszawie, stać mnie na szybszy bieg.
Kiedy w takim razie zapadła ostateczna decyzja co do Maratonu Warszawskiego?
Lili Vindics-Tóth: Marek Tronina skontaktował się ze mną wiosną. Zapytałam trenera, czy start w Warszawie wchodzi w grę. To on decyduje, gdzie startuję. Chociaż wiedział, że będzie to zaledwie sześć tygodni po zawodach w Birmingham – wyraził zgodę. A ja – jak już mówiłam – mam do niego pełne zaufanie.
Co więcej, czułam też, że szczyt mojej formy może nie przypaść akurat na Mistrzostwa Europy. Mój sezon wiosenny nie był idealny, choć treningi przebiegały dobrze. Jednak wyniki startów nie odzwierciedlały w pełni mojej formy. Uważam, że byłam w znacznie lepszej dyspozycji, niż wskazywałyby na to czasy uzyskane na mecie w Kopenhadze czy Birmingham.
Jakie masz plany na dalszą część sezonu? Czy masz już w kalendarzu jakieś kolejne maratony? A może marzysz o udziale w konkretnych biegach? Zakładam, że dzięki srebrnemu medalowi Mistrzostw Europy będziesz miała spory wybór, jeśli chodzi o starty.
Lili Vindics-Tóth: Na razie nie odczuwam jeszcze w pełni efektów tego medalu, ale pewnie dzięki niemu pojawią się nowe możliwości. Mam nadzieję, że uda mi się też pozyskać sponsora z branży odzieżowej, bo obecnie takiego nie mam. Wydaje mi się, że jako Węgierce trudniej jest zdobyć takie kontrakty, ponieważ Węgry to mały i niezbyt bogaty kraj. Liczę jednak, że ten medal wystarczy.
Finansowanie przygotowań nie było łatwe, bo musiałam wyjeżdżać na liczne zgrupowania wysokogórskie. Wspiera mnie klub i kilku mniejszych sponsorów, ale mam nadzieję, że srebrny medal pozwoli mi skupić się na bieganiu i zapewni lepsze zaplecze, bo wierzę, że w kolejnych latach mogę biegać znacznie szybciej.
W tym roku prawdopodobnie wystartuję w Walencji, o ile ukończę bieg w Warszawie zdrowa i z dobrym wynikiem. Po Maratonie Warszawskim czeka mnie jednak dwutygodniowy odpoczynek. Potem, mając solidne podstawy treningowe, będę przygotowywać się do kolejnego etapu, bo wkrótce rusza walka o kwalifikację olimpijską.
Jeśli chodzi o wymarzone starty, planuję wiosną pobiec w półmaratonie w Berlinie, a później pewnie w jakimś innym dużym maratonie. Chcę biegać coraz szybciej. Chcę się rozwijać i po prostu trenować. Ja naprawdę to kocham. Uwielbiam wyjazdy na zgrupowania, dobre jedzenie, sen i regenerację. W lipcu uzyskałam tytuł magistra, więc teraz mogę w pełni skupić się na bieganiu.
Przed Tobą start w Warszawie, masz też na koncie maratony we Frankfurcie i Kopenhadze. Aż muszę zapytać, czy znasz cykl European Marathon Classic Series?
Lili Vindics-Tóth: Przyznam szczerze, że jeszcze o nim nie słyszałam.
Twoje dotychczasowe starty – oczywiście poza Birmingham – zaliczają się do tego cyklu. Aby otrzymać specjalny medal, trzeba ukończyć 5 z 8 maratonów wchodzących w skład European Marathon Classic. Może warto rozważyć Frankfurt albo Rzym? Myślę też, że organizatorzy powinni Cię zaprosić na maraton w Londynie.
Lili Vindics-Tóth: Muszę to rozważyć! Na pewno chętnie pobiegłabym w Londynie. Naprawdę polubiłam Wielką Brytanię po starcie w Birmingham (śmiech).